Informacje

Legenda Poręby

W czasach dawnych, pradawnych, próżno było z Krakowa do Poręby wędrować i próżno pytać o nią kogokolwiek z ludzi jeżdżałych, jakich nie brak wśród Gądków zwłaszcza i kupców.
Nie rzekliby niczego o niej i rzemieślnicy wędrowni i żebracy, bo w miejscu Poręby puszcza tylko szumiała rozległa, a bezdroża same i pustacie odstraszały ludzi.
Przez dąbrowy i modrzewiowe knieje rzeka płynąca głęboka, o brzegach zarosłych zielenią i olchami. Dno miała czarne od mułu grząskiego, liści odpadłych w ciągu wielu jesieni i wszelakiego śmiecia leśnego, jakie ze sobą zwyczajnie nanoszą powodzie.
Od ciemnej i mętnej toni, w której nawet w dzień letni, pełen jasności nie dojrzałbyś dnia, rzeka owa miano Czarnej Przemszy zyskała, niegościnnej dla ludzi, bo w takich mułach, jak starzy ludzie powiadali i utopce rade siadują i Zielińce i bladolice brzeginki nie zawsze człowiekowi przychylne.
W samym sercu jednakże wielkich puszcz, była inna jeszcze woda, głębsza i osobliwa jak nieczęsto się zdarza. W cieniu dębów i jodeł, w nieprzebytych zaroślach kalin czerwonych i głogów splątanych z chmielem i wysokimi trawami drzemało ciche jezioro.
Było duże i lśniło jak wielki kamień, jakim się zdobi pierścienie drogocenne, ale lśniło by w największym słońcu czarną nieprzejrzaną tonią.
Czarne Jezioro. Bo i jakże je zwać? Ani tam biały odolan rozkwitał, ani żółty grążel na wodzie. Pewnie by korzeniami swymi nie sięgnęły dna. Czasem tylko spoza trzcin wypływały dwa czarne łabędzie i wygiąwszy nadobnie szyje zdążały środkiem jeziora ku urwistemu brzegowi, na którym wznosił się zamek z murowaną wieżą i wysokim wałem z kamienia. Proporzec z godłem rycerskim łopotał na wieży, bo w zamku mieszkał rycerz, możny i bogaty Żelisław pan wielkiej włości.
Kiedy łabędzie podpływały do brzegu przez furtę maleńką, osłoniętą krzewami, jakie rosły u podnóża wału zamkowego, wysuwała się postać dzieweczki jasnowłosej i zgrabnej jak łątka. Wybiegała szybko na brzeg ku łabędziom i z mieszka zawieszonego u paska dobywała kołaczyk. Z uciechą wielką dorobiła go i rzucała ptakom, które oswojone z dziewczęciem z ochotą go jadły.
Była to córka Żelisława, Bożena.
Nie opisać, nie opowiedzieć jak wielką urodą obdarzyła ją łaskawie Dola. Zdawać się mogło, że fiołki leśne użyczyły barwy jej oczom, a zorza rumieńców policzkom. Kiedy w swej białej sukience z wyszyciem, w trzewikach czerwonych i w bursztynowym naszyjniku stawała na brzegu jeziora, czarna toń wody jaśniejszą się wydawała; kiedy ozwała się pieśnią wesołą Bożena, to wtórowały jej dokoła śpiewaniem ptaki.
– Szczera jak srebro samo… – mówili o niej ludzie – kraśniejsza od róży.
– Dobra w niej tyle, co w słońcu jednym.
– Godna księżyca brać sobie za męża.
Żelisław, choć miecza dobywał w niejednej wyprawie, choć szlaki przeszedł dalekie, a żył wśród pożogi i krwi,  z dala od domu swego, lata całe, nie zatracił serca ani zbył prawności, choć tamtymi czasy niejednemu rycerzowi się to przydarzyło.
Dobry był zwłaszcza dla swoich dzieci poddanych. Nikt w wielkiej włości nie płakał i nie wyrzekał, nikt przed nim owiec i krów nie chował po lasach.
Przychodził rycerz z córką na brzeg Czarnego Jeziora, na drzewie zwalonym siadał i rad na Bożenę spoglądał. Dzieweczka, skoro ostatnie okruchy rzuciła czarnym łabędziom, zrywała ziele albo maliny, których mnóstwo było na krzewach kolczastych, obrastających podnóże wału.
Często przychodził za nimi Miłosz, junoch pięknej postaci, który jako sierota po druhu najbliższym Żelisława, dorastał i chował się w jego domu.
Dobrze im było we troje, rycerz z uciechą spozierał na Bożenę i Miłosza, wróżąc sobie w swym dobrym sercu ich przyszłe szczęście w małżeńskim stadle.
Radość jednak i miłe dla Żelisława rozmyślania znikały od razu, skoro tylko jawił się syn rycerza, Bożywoj.
Piękny był jak i siostra, ale o twarzy posępnej i okrutnym wejrzeniu. Dzielny, dębowi młodemu podobny ze zdrowia i siły na złe obracał swoje przemioty.
Hamować gniewu nie umiał, litością pogardzał, lęk budził srogi w poddanych i sługach.
-Luty jest Żelisławic jako wilk w boru – szeptali chłopi po chatach, a dzieci kryły się ze strachem po krzach, kiedy we wsi pokazał się Bożywoj.
Osobliwą i niepojętną dla nikogo niechęć żywił zły junoch do swojej siostry. Im się piękniejsza stawała,            im bardziej miłowali ją wszyscy w zamku i we włości, tym srożej nienawidził jej brat.
Bywało, Żelisław we łzach ją zostanie przy niedoprzędzionej kądzieli, usłyszy nocą płacz w małej dziewczęcej komnatce.
Pełen smutku i żalu wyszedł Miłosz pewnego dnia na brzeg Czarnego Jeziora, stanął nad wodą wsparty plecami o pień starego dębu i zapatrzył się w niebo. Żeglowany po nim obłoki białe, różowe i złote, bo zorza właśnie gasnąć poczynała nad puszczą. Pędzone po niebie wiatrami przybierały rozliczne kształty. Oto zdaje się Miłoszowi, że ponad wierzchołki drzew wzbija się jeździec na koniu, za nim drugi i trzeci.
Na łowy ciągną niebieskimi drogami, na bój…
A oto korabie płyną… Ten z żaglem czerwonym od blasku zorzy, ów całe bławy.
Jezioro szumi u Miłoszowych stóp , wtóruje mu szelestem swych liści stary dąb, wtórują brzęczeniem owady, krążące nad kępami ziela. Dziw poczyna się jakiś, czar osobliwy, bo oto te wszystkie głosy łączą się w jeden, tak słodki i miły dla ucha, jak dźwięki lutni. Miłosz wyraźnie słyszy pieśń:
W świat daleki, w świat
niech pojedzie brat…
niech przypasze miecz do boku,
a ty mu dotrzymaj kroku,
będzie z tego rad.
Kiedy tak stał, jakby w oczarowaniu, podszedł do niego Żelisław i twardą ręką, zgrubiałą od topora i miecza położył mu na ramieniu :
– Co Tobie? – zapytał – w zasłuchaniu ostajesz przecie?
– Isto, mój gospodzinie – odrzek junoch – głos osobliwy mię tu odleciał.. I powtórzył rycerzowi słowa pieśni.
– Isto… – Może to być co mówisz. To nie drze mota ni sen – odrzekł na to Żelisław. Jezioro masz nasze po prawdzie ludzką mową się ozywa. Śpiewa i gada. Pomnę, że mi jeszcze o tym matula powiedziała, przed laty. Różnie powiada ono, może na dobrą, może na złą dolę, kto wie ?
W kilka dni Bożywoj z Miłoszem ruszyli w daleką drogę. Grody mieli nawiedzać, książęce dwory i szukać sławy wojackiej. Żelisław sam przypasał im miecze, sam wybrał dla nich konie, sokoły, iżby się godnie stawili przed ludzkimi oczami. Srebrem opatrzył na drogę i po ojcowsku pożegnał.
Z komnatki swej powiewała im białą chustą Bożena, niepomna już zła, które wyrządził jej Bożywoj.
Przyszła jesień, poczerwieniały jagody na głogach, kalinowe grona zważył nocny chłód. Odleciały ptaki, a w puszczy przestano grabić ściółkę i zbierać dla wieprzy żołędzie. Czarne Jezioro huczało teraz nocami za wałem zamkowym i tłukło falą o brzeg. Wiatr północny przynosił  ze sobą deszcz lodowaty, giął drzewa  do ziemi i rozrywał strzechy.
Z jesiennym chłodem przyszła na Żelisława niemoc ciężka i powaliła go na łoże. Otwarły się dawne rany, dały znać o sobie chorobą trudy i niewczasy wojackiego życia. Gasł stary rycerz z dniem każdym, słabnął i niknął w oczach. W jesienny dzień, szary, chłodny, przegrał swą bitwę ostatnią ze śmiercią. Bożena długo płakała przy jego łożu. Głowę swą jasnowłosą okryła żałobną chustą, na długo schowała  do skrzyni sukienki z wszyciem, bursztyny, trzewiczki czerwone. Sama została w zamku z piastunką tylko starą i kilku ludźmi z czeladzi. Powoli wlokły się teraz dziewczynie sieroce dni. Grzymisława – piastunka, która Bożenę od dziecięcia małego chowała, ze smutkiem patrzyła teraz na jej pobladłe liczko.
Dnia pewnego, kiedy lody spłynęły na Czarnej Przemszy i fala znów pokazała się na jeziorze, wyszła Bożena na brzeg i zbierać poczęła pierwsze owego roku zawilce.
Jezioro szumiało i lekko uderzało falami o na pół dopiero odtajały brzeg. W jego szumie dziewczyna posłyszała ludzki głos.
Przystanęła w zdumieniu, białe kwiaty wypuściła z ręki. A jezioro śpiewało:

Choć daleki świat,
może wrócić brat.
Poślij tylko za nim sługę,
a nie będziesz czekać długo                                                                                                                              wróci junoch rad…

Wierny pachołek odszukał Miłosza i Bożywoja na książęcym dworze, wieść im smutną oznajmił i powtórzył prośbę Bożeny, by wracali. Zapłakał Miłosz z żalu za swym opiekunem, towarzyszy wesołych poniechał i wina, w smutku największym pogrążył się cały.
Bożywoj wszelako za resztę ojcowych denarów ucztę zastawił, gądków zaprosił, igrców i skoczków.
– Także to czynisz niegodnie, taką to żałość masz w sercu… próbował zawstydzić go Miłosz – ojca zabrakło przecie… Hańba i niesława tobie.
– Cóż to, że ojca nie staje – wrzasnął na cały głos Bożywoj – ale wioski zostały i zamek, ale nie puste spichlerze i skrzynie. Moje one teraz, moje, słyszysz ? – i siadłszy okrakiem na beczce wychylał jeden            po drugim kielichy.
Bożywoj wrócił ze zamku, a z jego powrotem zagościły w przestronnych komnatach domostwa nienawiść i krzywda, aż stało się tak, że biedna dziewczyna uchodzić musiała z domu z Grzymisławą starą i zamieszkać  w dworku ubogim na drugiej stronie jeziora. Przewiózł je tam obie łodzią w noc ciemną Miłosz, a potem tajemnie odwiedzał, przywożąc ukradkiem to wszystko, co obu niewiastom do życia konieczne było. Kiedyś wieczorem przypłynął czółnem maleńkim, choć fale były wzburzone i dął silny wiatr. Przywiózł Bożenie jej skrzyneczkę rzeźbioną z dziewczęcymi i ozdobami i suknie wszystkie w tobole.
– Co twego, to zwiozę tutaj, Bożeno – powiedział – już nie domem dla ciebie jest zamek ojcowy, już nie dachem nad głowami uczciwych ludzi.
Bożena załamała ręce.
– Ostań z nami, Miłoszu – prosiły obie z Grzymisławą – nie wracaj do Bożywoja.
Miłosz osunął się wtedy Bożenie do nóg i pochwycił jej obie dłonie.
– Umiłowana moja – mówił do głębi wzruszony – umiłowana nas wszystko Bożeno. Nie czas jeszcze na to,   bym tutaj pozostał, nie pora na zrękowiny nasze. Przecież wraz ze mną przyciągnęła by do tego domu i pomsta Bożywoja na tobie, miła. Choćbyśmy pomrzeć mieli, nie uradzimy teraz. Czekajmy tedy.
– Czekajmy …- cichutko powtórzyła Bożena.
Dalej więc Miłosz odwiedzał dziewczynę ukradkiem, żywiąc ją wraz z piastunką i odziewając tym, co brać musiał z zamku z pomocą sług wiernych, w tajemnicy przed Bożywojem. Okrutnik z towarzyszami swoimi, skoro już uczt w zamku było za mało, począł najeżdżać wsie i nadobne dziewczyny z chat uprowadzać. Niejedna śmierci szukała w wodach jeziora, skoro ją z domu rodziców do zamku zabrano. Niejedna ziele trujące wolała od wina i uczt Bożywoja. Lękać się srodze poczęła Bożena sama, aby i jej nie wleczono na hańbę i krzywdę.
W noc ciemną z małego dworku widać było ogniska na łąkach przed zamkiem i ognie płonące na dziedzińcu. Wrzawa stugębna niosła się daleko w puszczę.
Bożena słucha jej stojąc na ganku, pełna trwogi. Spoglądała z rozpaczą ku przeciwnemu brzegowi. Nagle dokoła zamku pojawiły się ognie mniejsze i jeden za drugim posuwać się jęły w stronę służebnej wsi.
Dziewczyna zachwiała się, zakryta oczy dłońmi, stara piastunka stanąwszy za nią podtrzymała ją ramieniem.
– Przeto znowu na wieś… – szlochała dziewczyna – na krzywdę, znowu jadą na niedolę… Daleko za puszczą ozwał się grzmot. Potem już bliżej, drugi. Zerwał się wiatr i zaszumiał się groźnie, targając gałęziami drzew. Przyszła burza nie wiedzieć skąd, nagła, straszliwa. Złote i sine błyskawice przedzierały raz po raz mrok.Bożena i Grzymisława weszły do izby i przytulone do siebie doczekały rana. Słyszały jak huczą fale na Czarnym Jeziorze, wiedziały jak wznoszą się na kształt słupów ogromnych i wałów, przed którymi nie ostanie się nic. Wichura straszna uderzyła falami wody o zamek. Rozpadła się palisada, runęła wieża, zawaliły się ściany komnat. Wspaniałą budowlę pochłonęło Czarne Jezioro. Pochłonęło i Bożywoja z jego występną zgrają. Ocalał tylko Miłosz, bo tuż przed samą burzą zdołał  się wymknąć z zamku, by na swoim małym czółnie przepłynąć do dworu Bożeny na drugi brzeg. Ludzie ze wsi długo się lękali zbliżyć nocami do Czarnego Jeziora. Już nie śpiewało ono pieśni, ale w północnym zmroku rozbierz miewało jękami potopionych łotrów. Cienie ich błądziły po brzegu skarżąc  się  i żaląc na mściwą wodę. Kiedy jednak Bożena za męża pojęła Miłosza ucichło wszystko i Czarne Jezioro po dawnemu się stało zwierciadłem dla gwiazd. Siedem cór niebieskookich zbierało na brzegu zawilce wiosną, a jesienią kalinę.  A wszystkie urodne były jak ich matka Bożena. Liczka nadobne jak rzadko mają i dziś Porębianki i oczy podobne fiołkom, które niegdyś kwitły w puszczy nad Czarną Przemszą.
Czy jest prawdą opowieść o Czarnym Jeziorze ? Próżno dochodzić tego i niepotrzebny to wcale trud. Żelisław, rycerz prawy, okrutny syn jego Bożywoj, niebieskooka Bożena i jej ukochany Miłosz przechowali się wszyscy w legendzie starej do dzisiejszego dnia.
Zaliż nie dosyć tego ?

Pokaż więcej

Powiązane artykuły

Zobacz również

Close
Close